Kocham jesień. Za jej ciepłe kolory, za cierpki zapach opadłych liści, za cudowny szelest pod nogami, za lśniące w słońcu kasztany i spadające żołędzie. Jesienią mogłabym wędrować godzinami i podziwiać piękno przyrody. Nawet nie trzeba odchodzić daleko od domu, nawet w otoczeniu pospolitego blokowiska można ujrzeć doskonałe piękno, jeśli tylko chce się je zobaczyć. Ktoś kiedyś powiedział, że świat ma tyle kolorów, ile potrafisz w nim dostrzec. Ja staram się dostrzec ich jak najwięcej. Pomimo któregoś tam już kolejnego krzyżyka na karku, wciąż patrzę na świat oczami dziecka. Jak wtedy, gdy mając kilka lat, uczepiona obroży wielkiego owczarka, uczyłam się rozpoznawać gatunki drzew w lesie, godzinami obserwowałam żyjątka w stawie czy ptaki gnieżdżące się w dębowej dziupli. Wspominam mojego kochanego Ojca, który nauczył mnie zrozumienia i szacunku do wszelakich form życia. Aby nie płoszyć dzikich zwierząt, nie zrywać polnych kwiatów, nie łamać gałązek, bo przecież ich żywot jako bukietu w wazonie jest bardzo krótki, a przecież tyle czasu, wysiłku i energii kosztowały roślinę ich wytworzenie. Dlatego do dzisiaj nie lubię ciętych kwiatów. Jest mi ich zwyczajnie żal, że brutalnie przerwano im życie w ich najpiękniejszym momencie. Mój Tata by zrozumiał... Oj, chyba ogarnęła mnie melancholia :)
Dziś mam kilka zdjęć ze spacerku z Pluszową. Pogoda cudowna, kto by pomyślał, że to już listopad :)
Na złotych liściach brzozy wygrzewa się w słońcu azjatycka biedronka, niepożądany u nas obcy intruz:
Tu zmrużyła oczy i wystawia pychol do słoneczka :)
O minionym lecie przypomina kwitnący jeszcze wrotycz:
No comments:
Post a Comment